MaggieRose

Dopóki śpiewa słowik

Dopóki śpiewa słowik - Antonia Michaelis Osiemnastoletni Jari wyrusza w wędrówkę po górach między granicami Niemiec, Czech i Polski. Ta podróż ma na celu oczyścić jego umysł i wprowadzić go niejako w dorosłe życie. Na swojej drodze spotyka Jaschę. Dziewczynę, która prowadzi go do chaty w środku lasu. Co się tam wydarzy? Gdzie zawędruje? Do jakich wniosków dojdzie? Czy pozna prawdę? Co kryje w sobie tajemnicza chata i równie tajemniczy las, który ją otacza? Antonia Michaelis jest niemiecką autorką głównie powieści dla młodszej i starszej młodzieży. Urodziła się w 1979 roku w północnych Niemczech. W Polsce ukazało się już jej 6 książek, jednak trzeba przyznać, że to Baśniarz zdobył największe uznanie. Jedną z jej wcześniejszych powieści jest Tygrysi księżyc wydany w 2009 roku przez wydawnictwo Egmont. Dopóki śpiewa słowik jest jej najnowszym tytułem. O Antonii Michaelis już słyszałam. Baśniarz podbił serce większości czytelników. Niestety nie było dane mi się z nim zapoznać, ale wiem, że będę musiała to zmienić. Bo autorka oczarowała mnie stworzonym przez siebie słowikiem. Jego tajemniczością, zmysłowością, odmiennością. A także czyżykiem. Zabłąkanym, nieporadnym wędrowcem. Dopóki śpiewa słowik to powieść dość nietypowa. Z jednej strony dziwię się, dlaczego ludzie tak nisko ją oceniają. Chcą świeżości, nieschematyczności i dostają to. Jednak z drugiej strony ten tytuł jest właśnie w ten szczególny sposób nietypowy, dlatego nie każdemu się on spodoba. Chyba po raz pierwszy spotkałam się z taką powieścią. Z powieścią, która sprawi, że będę miała w głowie niemały mętlik po jej przeczytaniu. Po której nie będę do końca wiedziała, co o niej sądzić. Wiedziałam tylko jedno – że jest inna i naprawdę dobra. Totalne zaprzeczanie samej sobie, ale właśnie tak było. Ale czy to nie za mało? Co uczyniło, że właśnie sądzę tak, a nie inaczej? Muszę się do czegoś przyznać. Obawiałam się jej. Obawiałam się tego tytułu, jak chyba żadnego innego. Negatywne opinie nie nastroiły mnie na pewno inaczej. Jednak pozytywnie się zaskoczyłam, bo przepadłam. Przepadłam w świecie urojonego piękna, niedomówień i poszukiwaniu własnego ja. Tak po prostu. Od samego początku. Uczucie przerażenia jest mi dalekie podczas czytania. Rzadko zdarza się, żebym je poczuła. I właśnie Dopóki śpiewa słowik jest tym wyjątkiem. Po raz pierwszy od dawna musiałam zaprzestać lektury z powodu niepokoju. Niepokoju o dalsze losy bohaterów, które nie były mi tak obojętnie. Bohaterów, którzy w pewnym momencie stali się dla mnie niezwykle ważni. Jari to postać, która przechodzi istotną i widoczną przemianę. Na początku jest jednym z wielu chłopaków – nieporadnym i myślącym tylko o dziewczynach, na szczęście z czasem jego nastawienie się zmienia. Jednak to nie on jest dla mnie zagadką i postacią, o której nadal myślę. Całą uwagę skradła Jascha. Dziewczyna skrywająca wiele tajemnic. Postać złożona, pełna sprzeczności i naprawdę ciekawie nakreślona. Zupełnie inna od wcześniej przeze mnie spotkanych. Tylko nie do końca wiem, czy darzę ją ciepłymi uczuciami. Z jednej strony tak, polubiłam ją, z drugiej jednak nie mogę pojąć jej postępowania. To, co niektórych może denerwować to język. Dość specyficzny i poetycki, jednak mnie on się spodobał i nie miałam z nim problemów. Jak najbardziej pasował mi do książki Michaelis. Nie wyobrażam sobie przekazania tej historii w inny sposób. To dzięki niemu wywiera ona właśnie takie wrażenie i tworzy spójną całość. Dopóki śpiewa słowik to powieść, której jeszcze nie było (a przynajmniej, o której ja jeszcze nie słyszałam, a tym bardziej nie miałam do czynienia, choć w małym stopniu). To powieść inna, na swój sposób wyjątkowa i jedyna. Nie jest genialna, ale jest na pewno bardzo dobra i warto się z nią zapoznać. Choćby po to, żeby wyrobić sobie o niej własne zdanie. Każdy wyniesie z Mglistego Lasu coś innego, jakieś inne przesłanie. Bo nie jest to tylko pusta historyjka o zagubionym młodym chłopaku i nowo poznanej tajemniczej dziewczynie. To historia o poszukiwaniu własnej tożsamości, o pięknie i brzydocie, o ludziach, zapomnieniu i przebaczeniu, jak i duchach przeszłości. _____ http://szeptksiazek.blogspot.com/2014/08/dopoki-spiewa-sowik-antonia-michaelis.html

Kobiety, które zawładnęły Europą

Kobiety, które zawładnęły Europą - Jean des Cars Dwanaście kobiet. Tak różnych, a jednak tak podobnych. Co je łączy? Europa i władza – mniejsza lub większa. Kim były lub są i co osiągnęły? Co sprawiło, że ich sława nadal nie przemija? Tego dowiecie się po przeczytaniu Kobiet, które zawładnęły Europą. Jean des Cars jest francuskim dziennikarzem i pisarzem specjalizującym się w tematyce historycznej. Urodził się w 1943. Autor kilkudziesięciu książek. Kobiety, które zawładnęły Europą są dopiero drugą powieścią wydaną w Polsce z tak bogatego dorobku literackiego. Pierwszą jest ukazany w 1997 roku Ludwik II Bawarski. Król rażony szaleństwem, wydany przez Państwowy Instytut Wydawniczy. Kobiety, które zawładnęły Europą to naprawdę imponująca pozycja, która zachwyca nie tylko wydaniem, ale także zawartością. Coś interesującego, ukazującego potęgę kobiet na europejskiej scenie politycznej. Prawdziwa gratka dla miłośników historii. Jestem oczarowana tytułem autorstwa Jeana des Carsa, który przedstawił portretów dwunastu dam, które niezaprzeczalnie odcisnęły niezatarte piętno w dziejach swoich państw. Gdyby właśnie w taki sposób były pisane podręczniki szkolne, choćby te do historii z pewnością większość uczniów częściej by do nich zaglądało. Może Francuzowi daleko do Gregory, jednak to dwa różne sposoby przedstawienia wybranych przez siebie postaci i jak dla mnie aż dziwne i niestosownie jest je porównywać. Najbardziej zainteresowana byłam brytyjskimi władczyniami – Elżbietą I, Wiktorią i Elżbietą II – oraz Marią Antoniną. Mimo to przyjemnością było zapoznać się również z pozostałymi – Katarzyną Medycejską, Krystyną, Marią Teresą, Eugenią, Sisi, Zytą i Astrid. Każda z nich jest intrygującą postacią. Co najważniejsze autor nie przedstawia zupełnie pozytywnie czy negatywnie bohaterek swojej książki. Ukazuje je z wadami i zaletami. Mamy do czynienia z namiastką prawdziwego oblicza danej kobiety, a nie podkoloryzowaną i wyolbrzymioną przez te wszystkie lata panowania, jak i po śmierci. To jest właśnie to, co cenię najbardziej – odejście od stereotypów i plotek, które nadal są w obiegu i z którymi nadal kojarzy się daną postać, szufladkując ją tylko jednym zdaniem zupełnie nieodzwierciedlającym rzeczywistość. Jedyną największą wadą są braki. Pierwszy tyczy się obrazów i zdjęć o których wspomina des Cars. Trochę irytujące było przerywanie lektury w celu zaspokojenia swojej ciekawości i wyszukiwanie danego dzieła. Szkoda, że wydanie nie zostało wzbogacone o ten element – choćby na końcu książki w postaci dodatku. Drugim mankamentem zaś jest brak bibliografii. Jest to w pewien sposób zadziwiające, że w tego typu pozycji nie ma tak ważnego detalu. Jeśli zastanawiacie się, czy piękna, przyciągająca okładka i solidne wydanie w twardej oprawie są mylące, z całą stanowczością odpowiadam nie. Kobiety, które zawładnęły Europą są świetną lekturą, która umiliła mi czas, a przy tym w przyjemny sposób mogłam dowiedzieć się o ulubionych postaciach historycznych, jak i poznać zupełnie mi nieznane, podobno legendarne. Jean des Cars rozbudził moją ciekawość i z pewnością będę szukała powieści traktujących o przedstawionych tutaj przedstawicielkach płci pięknej. Żyję jednak nadzieją, że pozostałe książki tego autora również zostaną wydane w Polsce w tak świetnej postaci, jak ta. Choćby na początek Sissi, La saga de los Windsor czy La saga des favorites. Niezmiernie bym się ucieszyła widząc zapowiedzi tych tytułów, bo sądzę, że naprawdę warto. Po przeczytaniu tej pozycji, domyślam się, że zawód byłby mi obcy po ich zakończeniu. _____ http://szeptksiazek.blogspot.com/2014/08/kobiety-ktore-zawadney-europa-jean-des.html

Zabłądziłam

Zabłądziłam - Agnieszka Olejnik Majka mimo swoich szesnastu lat nosi na swoich barkach ciężki bagaż doświadczeń. Jedyną nadzieją jest dla niej Alek, nieznajomy chłopak, który również trenuje koszykówkę. Co tak naprawdę ich łączy? Czy uda im się jakoś do siebie dotrzeć? Co wydarzyło się w przeszłości tych dwojga? Agnieszka Olejnik jest polską autorką o wielu pasjach. Ma trzech synów i hoduje wyżły weimarskie. Zabłądziłam napisała, kiedy jej najstarszy syn miał dziewiętnaście lat, wtedy gdy najczęściej nastolatki przeżywają pierwsze poważniejsze pierwsze miłości. Jej pierwsza powieść to Awantura w bajkach zaś druga Ava i Tim. Droga na północ. Olejnik napisała coś, czego nadal nie mogę pojąć emocjonalnie. Stworzyła powieść, która jest do bólu prawdziwa i nieprzesadzona. Zabłądziłam to swego rodzaju pamiętnik. To nie tylko sucha historia o życiu najbardziej buntowniczych ludzi na świecie – nastolatków. To szczera spowiedź z lęków, przemyśleń, duchów przeszłości, które nie dają o sobie zapomnieć, a wręcz przeciwnie wszystko się z nimi kojarzy. To powieść nie tylko o nastolatkach, ale co najważniejsze o rodzinach po traumatycznych przeżyciach, po tragediach jakie je spotkały. To wszystko przedstawione oczami szesnastoletniej dziewczyny, której brakuje bliskości w najważniejszym i najtrudniejszym dla niej okresie, który niejako kształtuje osobowość i wytycza cele na przyszłość. Maja i Alek to jedne z najbardziej ludzkich postaci, jakie miałam okazję poznać przez te wszystkie lata. Jestem wdzięczna, że autorka nie zrobiła z nich schematycznych i papierowych. Oni żyją z nami, obok nas, takie wrażenie właśnie odnosi się podczas lektury. Mają wady i zalety, mają dwie różne osobowości, jednak łączy je piękna więź. Chociaż czasami zachowują się nieracjonalnie, to nie jest to irytujące, a jedynie ukazuje postępowanie człowieka w tak młodym wieku. I to jest właśnie najważniejsze i najbardziej ujmujące. To to, że Olejnik pokazuje psychikę szesnastolatków w tak niewybaczalnie prawdziwy i dogłębny sposób. Tę nieporadność, pewną siebie dorosłość, którą chcą osiągnąć, zagubienie, dojrzewanie i związane z nią zmiany. A także to w jaki sposób opisała rozwijające się uczucie między tą dwójką. Powoli, niespiesznie, w odpowiednim czasie. Zabłądziłam skłania do przemyśleń nad życiem bohaterów i swoim. Za każdym razem zastanawiałam się, czy ja bym poradziła sobie z ciężarem, który nosiła na swoich młodych barkach Majka. Jak zachowałabym się w danej sytuacji na jej miejscu. Czy postąpiłabym podobnie, czy zupełnie inaczej. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że zupełnie inaczej, jednak z drugiej strony trudne sytuacje mają to do siebie, że myślimy zupełnie inaczej niż tylko teoretycznie. Dopiero teraz wiem, co znaczy być rozdartą emocjonalnie po lekturze. Kiedy kończysz czytać, łzy dopiero nieśmiało kręcą się w oku, jednak już po płaczesz niczym bóbr i nie masz ochoty na nic więcej. Najpierw płaczesz nad całą powieścią, później nad sobą, później znowu przypominasz sobie o przed chwilą skończonej książce i znowu twoje załamanie dotyczy właśnie jej, tak żeby później znowu zakończyć cały ten cykl na sobie. Dobrze, że skończyłam ją w nocy i nikt nie wiedział mojego zachowania, bo nie wiem, czy byłabym w stanie go wytłumaczyć. Chyba po raz pierwszy dosięgło mnie to aż w takim stopniu. Po raz pierwszy po ostatnim zdaniu, po ostatniej kropce pomyślałam „to chyba koniec mojej czytelniczej kariery, nie mam ochoty zaczynać kolejnej powieści”. Nawet teraz, po raz już chyba setny czytam ostatnie strony i nadal kotłują się we mnie te same emocje. Pani Agnieszko dziękuję i proszę o więcej takich książek. Tak prawdziwych, wzruszających, ale dających nadzieję. Wierzę, że ma Pani coś jeszcze w zanadrzu, bo to właśnie takich powieści, jak Zabłądziłam potrzebuje dzisiejsza młodzież. Choć starsi także. Dzięki temu będą mieli okazję poznać nas z zupełnie innej strony. Bo chociaż nie wszyscy przeżyli to co Majka i Alek, to jednak wielu z nas czuje się podobnie. Błądzimy zagubieni i tylko niewielu z nas ma jeszcze nadzieję... Błądzimy, nawet o tym nie wiedząc, nie zdając nawet sobie z tego sprawy. _____ http://szeptksiazek.blogspot.com/2014/08/zabadziam-agnieszka-olejnik.html

Przebudzona o świcie

Przebudzona o świcie - C.C. Hunter

Początkowo Wodospady Cienia były niejako jej karą, później stały się prawdziwym domem. Już wie, że jej miejsce jest pośród nadnaturalnych istot, jednak czułaby się jeszcze lepiej, gdyby wiedziała, do którego dokładnie gatunku należy. Nowe moce, które się ujawniają na pewno jej nie pomagają, a robią tylko niepotrzebny mętlik. Czy Kylie wreszcie dowie się kim, albo raczej czym jest? Co chce jej przekazać Duch, a dokładniej kogo ma na myśli? Czy Kylie poradzi sobie ze swoimi problemami? Jakiego wyboru dokona?

 

Dawno nie czytałam coś tak cudownie niewymagającego i coś tak cudownie wciągającego. Po tak długiej przerwie w czytaniu, która poskutkowała mniejszą ilością poznanych lektur, czegoś takiego było mi trzeba. Książki od której wręcz nie będę mogła się oderwać i o której cały czas będę myślała. Której strony będę przewracała aż z zachłannością, chcąc poznać jak najszybciej losy bohaterów.

 

A te są naprawdę interesujące. Uwielbiam historie o duchach, co może potwierdzić fakt, że kocham Zaklinacza dusz z Jennifer Love Hewitt w roli głównej, choć nie oglądałam wszystkich odcinków, a akurat te na które trafiłam (a jest ich całkiem sporo). Dreszcz emocji, który towarzyszył Kylie za każdym razem, kiedy w pobliżu pojawiał się Gość, udzielał się również mnie. Tak jak ona chciałam poznać, o co tak naprawdę mu chodzi, a tego co otrzymałam w żadnym wypadku się nie spodziewałam.

 

Całą najbliższą paczkę Kylie polubiłam jeszcze bardziej. Choć trójkąt miłosny może wydawać się oklepany i wręcz niemiłosiernie irytujący, mnie się on naprawdę podoba. Może to za sprawą dwóch charyzmatycznych osobników płci męskiej, jakimi są Derek i Lucas? Kochanymi, pociągającymi, a zarazem tajemniczymi, choć na pierwszy rzut oka na takich nie wyglądają? I w tym wszystkim główna bohaterka, która oprócz tego, że musi uporać się z uczuciami, stawia czoła także innym życiowym problemom, tym nierealnym i tym bliskim ludzkiemu życiu? Wszystko jest możliwe, wiem jedno – Kylie pomimo swojego niezdecydowania może zostać jedną z moich ulubionych bohaterek, takich lekkich paranormalnych romansów. Bo jak mogłaby mnie denerwować w niej ta cecha, jeśli sama należę do osób, które nie grzeszą absolutnym zdecydowaniem?

 

Przebudzona o świcie wywołała we mnie masę emocji. Od śmiechu do łez. Nie powinnam tego mówić, ale w pewnym momencie łzy zakręciły się w moich oczach, a ja nie mogłam uwierzyć w to, że pojawiły się one przy tego typu książce. Jednak to, co spotyka Kylie jest mi tak bliskie, że chyba nie powinno mnie to dziwić. Na szczęście to uśmiech częściej pojawiał się na mojej twarzy. Hunter tak umiejętnie kreuje sytuacje, że po prostu nie da się inaczej. 

 

Ubolewam nad faktem, że trzeci tom Wodospadów cienia pojawi się dopiero w listopadzie, bo od razu bym się za niego zabrała. Tym bardziej po zakończeniu, które zaserwowała C.C. Hunter. Z jednej strony cieszę się, że nie będę musiała czekać dłużej, bo trzeba przyznać, że kolejne części serii pojawiają się w miarę szybko na polskim rynku wydawniczym, jednak najchętniej widziałabym je już wszystkie przetłumaczone na swojej półce. Przebudzona o świcie wydaje się dla mnie o wiele lepszą od swojej poprzedniczki, dlatego jeśli do tej pory zastanawialiście się nad rozpoczęciem tego cyklu nie musicie już dłużej zwlekać. Jeżeli lubicie paranormalne romanse, które nie skupiają się na tylko jednej rasie, mają ciekawych bohaterów i naprawdę intrygującą historię to naprawdę polecam. Jest to tytuł iście wakacyjny!  

 

_____

Źródło: http://szeptksiazek.blogspot.com/

Co wylądowało w lesie Rendlesham?

Co wylądowało w lesie Rendlesham? - Mateusz Kudrański Rok 1981, wschodnie wybrzeże Wielkiej Brytanii. Młodzi Amerykanie kontra ich brytyjscy rówieśnicy. Co z tego wyniknie? Kolejna bitwa o Anglię? A może ma ona o wiele większy zasięg? Jakie tajemnice skrywa las Rendlesham? Mateusz Kudrański to polski debiutant, który urodził się w 1984 roku. Jest wegetarianinem, kocha zwierzęta i od dziesięciu lat pracuje jako grafik. Jego ulubioną pisarką jest J.K Rowling, zaś pierwszą wydaną powieścią Co wylądowało w lesie Rendlesham?. Czego nie przewidziałam? Na pewno tego, że autorowi uda się mnie zaskoczyć. Kudrański balansuje raz w stronę normalnej przewidywalności, tak aby później zaserwować czytelnikowi niemałą niespodziankę. Akcja jest dobrze przemyślana. Trzeba przyznać, że Polak ma wyobraźnie i umie ją przelać na papier, tak aby inni czerpali z tego przyjemność. Autor wykreował swoich bohaterów naprawdę dobrze, lecz jednak nie wszystkim udało się zdobyć moją sympatię. Jersey gra pierwsze skrzypce w tej powieści i to jemu najbardziej kibicowałam we wszystkim i nadal nie mogę uwierzyć, że tak potoczyły się losy w jednej sprawie. Z jednej strony to dobrze, bo nie zabrakło pewnego elementu zaskoczenia i emocji, które kłębią się we mnie po lekturze, z drugiej zaś ja nadal mam nadzieję... Po raz kolejny cieszę się, że postacie nie są wyidealizowane, bo byłoby to wtedy powodem do jeszcze większej irytacji. A tak pozostał nim tylko BB, którego jakoś nadal nie mogę obdarzyć cieplejszym uczuciem. Za to ciekawą parą bohaterów są Piguła i J., którzy cały czas sprawiali, że uśmiech pojawiał się na mojej twarzy. Jeden z drugim zaskakiwali mnie swoim zachowaniem – młodszy śmiałością, a starszy wręcz cofnięciem się nim do wcześniejszych lat. Grzechem byłoby nie wspomnieć o naprawdę solidnym wydaniu. Jeśli tak miałaby wyglądać każda książka na księgarnianych półkach, to jestem absolutnie za! Autor postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i pokusić się o self-publishing, który widać w pewnych niedoróbkach – jak choćby niewyjustowanym tekście, który na początku mnie trochę denerwował, później jednak jakoś przyzwyczaiłam się do niego – jednakże twarda okładka, ciekawe projekty graficzne i cała oprawa są naprawdę godne podziwu. Ilustracje są świetnym dodatkiem, który umila czytanie. Kudrański dobrze je przemyślał, ponieważ nie pokazuje w nich swoich bohaterów wprost, a tylko ich ogólny zarys pozostawiając miejsce na szczegóły wyobraźni czytelników. Polak kupił mnie także językiem, którym jest napisana Co wylądowało w lesie Rendlesham?. Może nie tak idealnym, ale naprawdę dobrym, lekkim i co najważniejsze młodzieżowym, co cenię najbardziej, bo jeśli autor postanawia napisać książkę używając slangu nastolatków musi liczyć się z tym, żeby nie przesadzić i zrobić z niej niezrozumiałej nawet dla młodzieży językowej papki, która nawet nie jest podobna do tej, którym ona się posługuje. Debiut Mateusza Kudrańskiego to naprawdę udany start. Świetna młodzieżowa fantastyka, z przemyślaną akcją i dosyć ciekawymi bohaterami. A co najważniejsze wyróżnia się na tle innych rodzimych tytułów, jak i nawet tych zagranicznych dopiero wydawanych w Polsce. Przełamuje monotonność i wałkowanie jednego tematu. Jest wręcz stworzona na wakacje. Lekka, przyjemna, wciągająca. Udowadnia, że polscy pisarze wcale nie są gorsi od tych spoza granic naszego kraju. Mam nadzieję, że Polak szykuje już następną powieść. Co wylądowało w lesie Rendlesham? zaś polecam wszystkim osobom złaknionym przygód. ______ http://szeptksiazek.blogspot.com/2014/07/co-wyladowao-w-lesie-rendlesham-mateusz.html

Szepty lasu

Szepty lasu - Charles Frazier Lata sześćdziesiąte XX wieku, niewielkie miasteczko w Appalachach. Życie samotnej Luce zmienia się nie do poznania po tym, jak zamordowano jej siostrę. Jako jedyna najbliższa osoba musi zaopiekować się jej dziećmi, dwójką małych bliźniąt. Jednak Frank i Dolores różnią się od swoich rówieśników. Po przeżytych doświadczeniach całkowicie zamykają się w sobie. Ciotka próbuje nawiązać ze swoimi siostrzeńcami, choć mały kontakt, co jest trudne w sytuacji, gdy malcy nie mają nawet najmniejszego zamiaru zburzyć ściany milczenia. Czy Luce uda się wreszcie do nich dotrzeć? Kim jest i co zmieni w jej dotychczasowym życiu Subblefield? I kim jest mężczyzna, który zagrozi całej czwórce? Charles Frazier to amerykański pisarz, który urodził się w 1950 roku w Asheville. Jego debiut Zimna góra stał się prawdziwym bestsellerem. W ekranizacji tejże powieści, która w Polsce nosi tytuł Wzgórze nadziei w głównych rolach wystąpili Nicole Kidman i Jude Law. Jego druga książka Trzynaście księżyców została w Polsce opublikowana w 2009 roku, zaś Szepty lasu dopiero po pięciu latach. Szepty lasu mają swój klimat. Górskie pejzaże, amerykański styl, Appalachy w latach sześćdziesiątych XX wieku. To wszystko, co serwuje nam Frazier jest niemal namacalne, można niemal poczuć smak, czy zapach. Tego warzywa, które rośnie nieopodal w ziemi, płatka śniegu spadającego z nieba, czy smak spożywanego posiłku. Powieść jest nawet dobrą podstawą do scenariuszu filmowego. Ciekawego, klimatycznego. Jednak akcja nie nabrałaby tempa już od pierwszych kilkuanstu minut, tak jak nie nabrała go od pierwszych stron powieści, ponieważ pierwsze sto ciągnie się niespiesznie, powoli, przedstawiając tło i poszczególnych bohaterów. Dopiero później zaczyna dziać się coś, co może w jakiś sposób zainteresować. Cała książka składa się z opisów, czego najbardziej nie lubię. Tak naprawdę one budują cały świat przedstawiony, można nawet pokusić się o stwierdzenie, że zaliczają się do głównych bohaterów Szeptów lasu. Oczywiście osoby, które lubują się w długich rozważaniach na temat otaczającego świata będą zadowolone, jednak mnie niekoniecznie przypadło to do gustu. Trzeba jednak przyznać, że autor bardzo dobrze wykreował bohaterów. Mimo wszystko to jednak bliźniaki wysuwają się na pierwszy plan. Ich zachowanie jest co najmniej dziwne, co tylko skłania do dalszego zapoznawania się z nimi. Zresztą Frazier ciekawie przedstawia każdą postać, choćby tę negatywną. Nie robi z niej największego zbrodniarza, czy najgorszego człowieka na ziemi, ale ukazuje go ze swoimi wadami i zaletami. Ujawnia i pozytywne i niegatywne wspomnienia, jeśli takowe się pojawiają. Nie wciska nic na siłę, nawet wątek miłosny nie jest pokazany, jako ten najważniejszy, a jest tylko kolejną cegiełką, która tworzy spójną i intrygującą całość i urozmaica ją. To nie ewoluuje z dnia na dzień, jak w tanich romansach lub w powieściach, które je naśladują, choć podobno nie mają tego na celu, tylko stopniowo, powoli jak w realnym życiu. Byłam oczarowana Stubblefieldem, który nie jest nachalny, ale małymi kroczkami pokazuje, że zależy mu na danej osobie i co najważniejsze robi to czynami – choć na pierwszy rzut oka nic nieznaczącymi - a nie pustymi słowami. Autor nie przejaskrawia bohaterów, a to jest jednym z plusów Szeptów lasów. Miałam nadzieję na klimatyczną powieść z dość szybko rozwijającą się akcją, a niestety dostałam coś zgoła innego. Trochę się zawiodłam, choć autor ma naprawdę dobre pióro, które jednak mnie niestety męczyło, co spowodowało, że nad Szeptami lasu siedziałam przez niemal miesiąc, co samą mnie zaskoczyło. Oczywiście zakończenie roku szkolnego i początek wakacji był dla mnie dość intensywnym okresem czasu, jednak nie na tyle, żebym nie mogła zabrać się za lekturę, jeśli ta byłaby po prostu interesująca. A dzieło Fraziera odkładałam i odkładałam, znajdując sobie co rusz inne teksty do czytania. Cieszę się, że dałam jej szansę, jednak nie na tyle, abym z czystym sumieniem mogła polecić ją każdemu. To ten typ literatury, który zachwyca tylko nieliczne osoby. _____ http://szeptksiazek.blogspot.com/2014/07/szepty-lasu-charles-frazier.html

Zaczaruj mnie

Zaczaruj mnie - Karolina Frankowska Zośka, jak większość osób po studiach ma pełno planów na przyszłość. Praca w zawodzie psychoterapeuty to dla niej spełnienie marzeń, jednak rzeczywistość okazuje się bolesna. Biuro dworactwa zawodowego nie jest miejscem, w którym chciałaby pracować, a do tego brak drugiej połówki sprawia, że zamierza wziąć sprawy w swoje ręce w dość nietypowy sposób – dzięki zakopaniu karteczek ze swoimi marzeniami, ale nikomu nie zdradzając ich treści. Czy ta zabawa z podstawówki się sprawdzi? Czy Zośka ze swoimi najlepszymi przyjaciółmi odnajdą szczęście? Karolina Frankowska jest scenarzystką i pomysłodawczynią pierwszych serii Prawa Agaty oraz autorką pomysłu i scenariusza serialu Nowa. Pracowała także przy Komisarzu Aleksie, Ojcu Mateuszu, Kryminalnych czy też takich filmach, jak Dlaczego nie i Tylko mnie kochaj. Urodziła się w Warszawie w 1975 roku. Od 3 lipca 2014 roku będzie można zapoznać się z jej debiutancką książką Zaczaruj mnie. Muszę przyznać, że przepadłam, a zarwanie całej nocy dla tej powieści jest tego dowodem. Dawno nie czytałam, czegoś tak lekkiego i choć przewidywalnego to naprawdę dobrego. Akcja nie należy do wybitnych. Widoczne tu są pewne elementy z polskich filmów, przy których pracowała autorka. I może to jest właśnie to, co tak w pewien sposób intryguje. Bo choć niemal każdy wie, co się wydarzy i jakie będzie zakończenie i tak ogląda tego typu produkcje nawet kilkukrotnie. W Zaczaruj mnie odnalazłam podobny klimat. Nie zżyłam się z bohaterami, bo niestety autorka nie przedstawiła ich portretów dokładnie. Oni po prostu są i nic więcej. Dlatego czytałam historię Zośki i jej przyjaciół z zainteresowaniem, ale nie przeżywałam jej, jak w niektórych innych powieściach. Szkoda, że Frankowska nie skupiła się na poszczególnych, co ciekawszych postaciach, jak choćby główna bohaterka Zośka, czy słynny serialowy aktor. Dzięki debiutowi Karoliny Frankowskiej mamy okazję zaznajomić się z pracą na planie serialu. Żałuję, że nie było tego więcej, bo ten temat jest naprawdę ciekawy, a co, jak co, ale akurat autorka wie, jak to wszystko wygląda z własnego doświadczenia. Byłoby to interesujące tło to poszczególnych fragmentów, niestety potencjał tego pomysłu nie został do końca wykorzystany. A szkoda, bo oprócz dość fajnej historii czytelnicy otrzymaliby ciekawostki na temat pracy nad serialem – pokazanie, że nie zawsze wszystko wygląda tak kolorowo i że na finalny efekt składa się naprawdę wiele wysiłku, a także, co i jacy ludzie są potrzebni, żeby go uzyskać. Zazwyczaj denerwują mnie zbyt dobre zakończenia w książkach, jednak tutaj takowe mi pasowało. Jest to ten typ historii, od którego nie można wymagać zbyt wiele. Tak jak już wspomniałam całkowicie podobna do polskich produkcji filmowych, które przyciągają w szczególności damską część widowni, a więc „happy end” jest wręcz pożądany. Opowieść o sile przyjaźni i marzeniach z pewnością spodoba się paniom – starszym, jak i młodszym. Niewymagająca lektura umili nie jeden dzień urlopu czy wakacji. Ja bawiłam się przy nie naprawdę dobrze, co mnie pozytywnie zaskoczyło, bo nie tego się spodziewałam. Nie wymagając od Zaczaruj mnie wiele więcej zyska się niż straci. Debiut Karoliny Frankowskiej szczerze polecam miłośniczkom polskich filmowych romansów i literatury kobiecej. Życzę autorce, żeby udało się jej powieść zekranizować, bo aż się o to prosi. Ja z chęcią obejrzałabym losy Zośki, Kaśki i Bartka na ekranie, bo byłoby to prawdziwym dopełnieniem tej książki. _____ http://szeptksiazek.blogspot.com/2014/06/przedpremierowo-zaczaruj-mnie-karolina.html

Wszechświat kontra Alex Woods

Wszechświat kontra Alex Woods - Gavin Extence Alex Woods jest dość nietypowym nastolatkiem od momentu, kiedy doznał bliskiego spotkania z meteorytem, co oczywiście nie przeszło bez echa w XXI wieku. Jednak rozgłos nie był jednym skutkiem tego wydarzenia, bowiem poważniejszym jest choroba. Dość dokuczliwa, bo właśnie padaczka do takich należy. Ale to właśnie dzięki temu miał okazję odnaleźć swoje pasje: literatura, astronomia i neurologia. Czytanie oraz badanie wszechświata i ludzkiego mózgu stały się dla niego, czymś naprawdę ważnym. Splot przypadkowych zdarzeń postanowił jednak postawić na jego drodze pana Pettersona, który stał się jego prawdziwym przyjacielem. Nie liczyła się różnica wieku, liczyły się tylko wspólne zainteresowania, pomoc i chęć przebywania ze sobą. Czego nauczy Alexa przyjaźń ze starszym panem? Do jakich wniosków dojdzie? Co wspólnego z tym wszystkim ma aresztowanie i twórczość Kurta Vonneguta? Gavin Extence jest angielskim debiutantem. Urodził się w 1982 roku w Swineshead, w Anglii. Za swoją pierwszą i jak na razie jedyną książkę Wszechświat kontra Alex Woods dostał brytyjską nagrodę The Waterstones 11. Jako dziecko uwielbiał grać w szachy – brał udział w wielu turniejach, gdzie raz wygrał. Obecnie pracuje nad swoją następną książką, a gdy tego nie robi lubi gotować i zagłębiać się w tajniki astronomii. Pierwsze, co rzuca się w oczy to naprawdę ciekawy styl, którym posługuje się Extence. Jest dość specyficzny, ale zarazem bogaty. To głównie dzięki niemu zabiera czytelników do literackiej krainy doskonałości. Prosty w odbiorze język nie jest jednocześnie ubogi, co jest jedną z najważniejszych zalet. Cała recenzja: http://szeptksiazek.blogspot.com/2014/06/wszechswiat-kontra-alex-woods-gavin.html

Minione życia

Minione życia - Wojciech Baran Pewien Polak i pewna młoda Rosjanka. Ich losy splatają się w dość dziwnych okolicznościach. Burzowa noc i nieprawdopodobne wieści. Jaką drogą wybierze Piotr? Czego jeszcze dowie się podczas tej rozmowy? Co jeszcze się wydarzy? Czy tajemnice ostatnich lat zostaną wreszcie odkryte? Wojciech Baran to polski autor piszący zarówno prozę, jak i poezję. Urodził się w 1982 roku w Rzeszowie. W 2008 roku ukończył studia na Uniwersytecie Manchesterskim MMU na kierunku IT. Głównie zajmuje się informatyką, o czym można przeczytać na jego stronie. Minione życia czytało mi się strasznie topornie. Choć akcja jest naprawdę ciekawa to nie wiem czemu, ale dla mnie ona strasznie się wlokła. Mniej opisów na pewno by pomogło, choć pewnie niektórym mogą się one spodobać. Ja raczenie przepadam za tym zabiegiem, polegającym na stworzeniu klimatu grozy, a jeżeli już to w dobrze wyważonej formie. W tym przypadku było ich za dużo. Nie mogę odmówić autorowi pomysłu na swoją pierwszą powieść, bo jest on dosyć intrygujący. Tajemnica Stołeczna jest tak dobrze przedstawiona, że można w nią w pewnym sensie uwierzyć. Choć większość była dla mnie przewidywalna, to w niektórych momentach Polakowi udało się mnie zaskoczyć. Ujął mnie oczywiście wątkiem paranormalnym, który jest najbardziej widoczny, a który robi wrażenie. Kreacja postaci niespecjalnie do mnie przemówiła. Bohaterowie byli po prostu obcy. Nie wczułam się w nich w żaden sposób. Ich losy interesowały mnie tylko ze względu na historię, nie zaś na ich osobowość. Niestety są słabo nakreśleni, brakuje im jakiegoś szczególnego charakteru. Są po prostu bezbarwni. Wiem, że mieli być, jak najbardziej ludzcy, w końcu to nie jest powieść o wielkich bohaterach w słowach i czynach, ale… ale zabrakło tutaj tego „czegoś”, choć są wyjątki. Rzeczą, do jakiej jeszcze mogę się „przyczepić” jest styl. Jest poprawy, a i owszem, lecz to dialogi pozostawiają wiele do życzenia. W większości są płytkie i trochę nienaturalne. Brakowało mi, choć lekkiej zmiany, archaizacji w pewnej księdze, gdzie ukazane są XVI-wieczne realia. Tutaj znowu razi zbyt współczesna mowa. Chociaż w tych dialogach, autor mógł się o to postarać, aby wydarzenia z tamtego czasu były bardziej realistyczne. Co ciekawe to właśnie ta „książka w książce” była najciekawsza. Nienużąca i naprawdę interesująca. Gdyby całą powieść został tak przedstawiona z pewnością Minione życia byłyby przeze mnie lepiej przyjęte. To właśnie w niej bohaterowie zostali lepiej zarysowani. Niestety okładka też nie jest specjalnie atrakcyjna. Owszem, oddaje ona klimat całej powieści, jednak jest ona słabo widoczna, co jest ciosem niepodważalnym, ponieważ czytelnik nie zauważy jej na półce. Zazwyczaj zwraca się uwagę na takie, które mają coś w sobie, coś co przyciąga, choćby nawet jeden element, ale w tym przypadku niestety nawet tytuł i nazwisko autora nie jest widoczne, co tylko niekorzystnie wpływa na pierwszy „rzut oka” na księgarnianą czy biblioteczną półkę. Debiut Wojciecha Barana jest dobry. Szkoda tylko, że zajął mi aż tyle czasu. Sądzę, że z czasem autor nabierze wprawy i lekkości języka. Mam nadzieję, że tak właśnie będzie, bo jeśli tylko na rynku ukaże się następna intrygująca powieść, zawierająca równie dobre wątki fantastyczne na pewno zwrócę na nią uwagę. Minione życia polecam w szczególności czytelnikom, którzy lubują się w thrillerach, dobrze poprowadzonych wydarzeniach nie z tego świata, tajemnicach i niebezpiecznych powiązań. _____ http://szeptksiazek.blogspot.com/2014/05/minione-zycia-wojciech-baran.html

Żółta sukienka

Żółta sukienka - Beata Gołembiowska Żółta sukienka otrzymana od babci. Ulubiona lalka, będąca towarzyszką zabaw. Tajemniczy ogród, będący całym twoim światem. Czy zawsze są oznakami szczęśliwego dzieciństwa? Czy zawsze będą wywoływać uśmiech na twarzy? Czy zawsze będzie chciało się wracać wspomnień do tamtych odległych dni? Czy emigracja w celu poszukiwania lepszego jutra zawsze tym będzie? Beata Gołembiowska to polska autorka, która urodziła się w 1957 roku w Poznaniu, zaś w 1989 r. wyemigrowała wraz z mężem i dwoma córkami do Kanady. Pracowała, jako malarka dekoracyjna w programach Debbie Travis-Painted House i Fecelit i to właśnie w tym okresie zaczęła się jej przygoda ze słowem pisanym – opowiadaniami, scenariuszami oraz artykułami o fotografii, malarstwie i przyrodzie. Autorka stworzyła bardzo życiową powieść. Opowieść o życiu na emigracji, a co najważniejsze o życiu z widmami przeszłości. Napisać sprawnie o takim temacie, jakim jest gwałt jest trudne. Bo nie chodzi wcale o to, aby zalać czytelnika informacjami i obrazującymi opisami. Wtedy byłoby to w jakiś sposób nietaktowne. Na szczęście Gołembiowska tak nie postąpiła. Wywarzyła wszystkie emocje i wspomnienia idealnie. Oprócz najważniejszego problemu autorka porusza także inne – jak choćby skutki emigracji. Ale emigracja nie byle jaka, bo za burzliwych czasów w historii Polski, kiedy wszystko i wszyscy byli podejrzani. Kiedy ze wszystkim trzeba było się kryć, pokazując tylko to, co może być widoczne publicznie. Zaś takowa emigracja nie jest zawsze tak dobra, jak się wydaje. I czy takową ona pozostaje w obliczu takiej tragedii, czy nie zmienia się w ucieczkę od przeszłości? Polka świetnie przedstawiła także typową rodzinę PRL-u. Matka zagorzała dewotka, ojciec, który chce dla swojej rodziny jak najlepiej, żyjący minionymi latami i w tym wszystkim dzieci, starające się zrozumieć otaczającą ją rzeczywistość. Przypadło mi do gustu to, że nie była ona wyidealizowana lub odwrotnie – do szpiku kości zepsuta i zła. I dzięki temu właśnie ukazała, że i w takiej rodzinie mają miejsca tragedie, o których nie wie nikt, ukryte gdzieś pod maską, w czeluściach umysłu, wypalając piętno na całe życie. Portret psychologiczny głównej bohaterki jest dość wyraźny, choć czegoś mi w nim brakowało. Nic nie dzieje się bez przyczyny i wszystkie działania są wytłumaczone. Kobiet po przejściach jest dziś niezwykle dużo, tak jak i matek samotnie wychowujących swoje pociechy. Po czymś takim trudno zaufać płci przeciwnej, a w niektórych przypadkach jest to nawet obawa przed jakimkolwiek głębszym uczucie. Na przykładzie Paula zaś można zauważyć znienawidzenie litości, jaką zazwyczaj ludzie oferują niepełnosprawnych, kiedy oni pragną tylko przyjaźni i zrozumienia. Oni chcą być samodzielni, to tylko osoby „pełnosprawne” ubzdurały sobie, że ci ludzie nie potrafią nic zrobić. Szkoda, że zapomina się o tym. Tak samo jak zapomina się o istocie patriotyzmu i chęci przynależność do danej społeczności. Dla dzieci ważne jest poznanie rodziny, jeśli przez niemal całe życie jest się na obczyźnie, poszukiwanie korzeni, historie przodków. O tym też warto pamiętać. W ogólnym rozrachunku Żółta sukienka jest dobra. Nie jest jedną z najlepszych powieści tego typu, jakie miałam okazję czytać, ale jest dobra, a to wystarczy, żeby nie żałować wyboru. Debiut Polki zasługuje na uwagę z pewnością tych, którzy czytają tytuły poruszające trudną tematykę. Beata Gołembiowska ma naprawdę poprawny styl, jak na debiutantkę, więc czytanie nie było katorgą. Jestem ciekawa czy autorka ma w planach napisać jeszcze inne książki, które by mnie zainteresowały. Jeśli takowa się znajdzie na pewno przeczytam. _____ http://szeptksiazek.blogspot.com/2014/05/zota-sukienka-beata-goembiowska.html

Krucjata. Zakon Ciemności

Krucjata. Zakon Ciemności - Philippa Gregory Luca Vero wraz ze swoimi towarzyszami podróży dostaje kolejne ważne zadanie. Jednak po drodze zatrzymuje ich dziwne zajście. Dziecięca krucjata, która wyrusza do Ziemi Świętej z pewnością zainteresuje najwyższych z Zakonu Ciemności. Czy jest to kolejne zjawisko rozpoczynające koniec świata? Co tam się wydarzy? Niestety Krucjata w moich oczach ukazuje spadek formy. O ile Odmieńcem byłam oczarowana, to ta część nie zachwyciła mnie, choć w podobnym stopniu. Owszem, jesteśmy świadkami interesujących wydarzeń, jednak nie były one specjalnie ciekawie opisane. Może po prostu postawiłam tej powieści za wysoką poprzeczkę? Wszystko możliwe, bo moje oczekiwania były z pewnością dużo większe. Cała recenzja: http://szeptksiazek.blogspot.com/2014/05/krucjata-philippa-gregory.html

Gorączka 2

Gorączka 2 - Dee Shulman Ona i on. Dwa różne czasy, dwa różne światy. Odnaleźli się, mimo wszystko. Przetrwali to, co było najgroźniejsze – atak wirusa. Jednak… czym on tak naprawdę jest? Jakie szkody jeszcze wyrządzi? Czy młodzi znajdą odpowiedzi na trudne pytania? Jaką misję będzie musiał odbyć Seth? Czy ma i będzie miał, do czego wracać? Czy Eva wreszcie wyzdrowieje czy jej stan będzie nadal się pogarszał aż dotrze do granicy wytrzymałości? Na uwagę zasługuje fakt, że autorka zadbała o swoich czytelników tworząc na początku książki małe streszczenie i spis postaci, a to wszystko podzielone na odpowiednie działy czasowe i miejsca. Bardzo rzadko - a można powiedzieć, że prawie w ogóle – spotykam się z czymś takim w powieściach tego typu. Narracja prowadzona jest z wielu perspektyw, co czyni Gorączkę 2 jeszcze ciekawszą, bo nie poznajemy przebiegu wydarzeń oczami głównych bohaterów, a także tych nieco pobocznych. Oprócz Ewy i Setha mamy do czynienia również z pewną parą zainteresowaną sprawą wirusa. Co do bohaterów to żaden z nich nie skradł mojego serca. Ot, nie denerwowali mnie, ale także nie sprawili, że ich pokochałam. Nic nadzwyczajnego. Jedynymi postaciami, którzy naprawdę mnie intrygują to jeden z profesorów i sam Zackary. Ma pewne domysły związane z tym pierwszym, ale niestety nadal nie wiem, czy są one właściwe, czy też znowu doszukuję się czegoś, czego nie ma. Dziwi mnie jednak inna rzecz - mianowicie błąd w pisowni imienia głównej bohaterki na obwolucie książki. W powieści mamy Ewę zaś na okładce Evę, jaki wydawcy sami nie mogli zdecydować się, na jaką formę przystać. Niby małoistotne, ale jednak zahacza o brak konsekwencji w wydaniu. Cała recenzja: http://szeptksiazek.blogspot.com/2014/04/goraczka-2-dee-shulman.html

Król uciekinier

Król uciekinier - Jennifer A. Nielsen Myślałby kto, że obecny król Carthyii mógłby w spokoju odpocząć po tym wszystkim, co przeszedł w ostatnim czasie – stracie swoich rodziców i starszego brata. Ledwie zasiadł na tronie, a już szykują się zamachy i spiski na jego osobę. Brakowałby do tego wszystkiego jeszcze wojny, ale i z tym musi się borykać władca. Co szykują piraci na króla Jarona? Czy młodzieniec ochroni swój kraj przed wrogami? Z jakimi problemami będzie musiał borykać się na swojej drodze ku chwale? A może jednak będzie ona prowadziła ku porażce? Jakie prawdy jeszcze wyjdą na jaw? Fałszywym księciem byłam oczarowana. Pamiętam, kiedy z niejaką zaciętością przewracałam kolejne strony w celu jak najszybszego dowiedzenia się o losach bohatera, którego polubiłam. Jego upór, niebywały spryt, samowystarczalność i poczucie humoru mnie w pewien sposób ujęły. Pierwszy tom Trylogii władzy skończył się w tak fatalnym momencie, że nie było mowy o tak długim oczekiwaniu na kontynuację, bowiem chciało się ją przeczytać od razu po jej zakończeniu. Niestety tak być nie mogło, więc musiałam uzbroić się w cierpliwość, dość znaczącą, bo aż roczną. Jednak, czy było warto? Jennifer A. Nielsen po raz kolejny zachwyca pomysłem i bohaterami, ale już nie w taki sposób, jak poprzednio. Sama nie wiem czemu, ale Król uciekinier nie jest w moim mniemaniu tak świetny, jak jego poprzednik. Ot, dobra kontynuacja, jednak już o nieco słabszym poziomie. Cała recenzja: http://szeptksiazek.blogspot.com/2014/04/krol-uciekinier-jennifer-nielsen.html

Gra o miłość

Gra o miłość - Eve Edwards Skromna purytanka i sławny komediant. Uczucie pomiędzy tą parą jest niemożliwe, a może jednak? Miłość nie wybiera, ale jak tu ułaskawić swojego ojca najbardziej pobożnego i znanego handlarza znakomitymi tkaninami w mieście? Czy Kitowi Turnerowi uda się przekonać opiekuna Mercy Hart do jego prawdziwego uczucia, a nie chęci zysku? Czy to do końca prawda? Czy miłość tych dwojga przetrwa wszystkie przeciwności losu, czy jednak rodzina będzie dla Mercy ważniejsza? Edwards napisała naprawdę świetną historię, choć temat ten jest zapewne, już dobrze znany i nie raz został już wykorzystany. Jednak ona zrobiła to w sposób niezwykle ciekawy, sprawiając, że Grę o miłość połknęłam zaledwie w kilka godzin. Duży wpływ mają na to także bohaterowie, których nie mogłam nie polubić. Każdy z nich przechodzi widoczną zmianę, ale co najważniejsze nie są oni po stokroć przesłodzeni. Za sprawą Mercy Hart można dowiedzieć się, co nieco o purytanizmie, tak rozpowszechnionym w XVI-wiecznej Anglii, zaś dzięki szczególnemu przywiązaniu Kita Turnera do teatru otrzymujemy kilka ciekawostek z nim związanych. A oprócz tego znajdziemy w nim kilka znanych osobistości, za co również jestem wdzięczna autorce, bo ten zabieg tylko urozmaicił całą powieść. Gra o miłość jest dość przewidywalna, jednak nie przeszkadzało mi to w czerpaniu radości z lektury. Wszystko to pewnie za sprawą ciekawej historii i ciekawostek, których jest znacznie więcej niż w Demonach miłości, gdzie zwróciłam uwagę na fakt, iż jest za mało intrygujących nowinek z życia tudorowskiej Anglii, a za dużo ckliwego romansidła. Owego smaczku dodały także zabawy słowem, jakie Edwards poczyniła, a których wyjaśnienia mamy w przypisach. O, właśnie, przypisy! Jakże chylę czoła za dodanie ich, chociażby w ostatniej części. Naprawdę o wiele lepiej czyta się powieść, gdzie mamy informacje o autentycznych postaciach. Z jakim zainteresowaniem szuka się później czegoś więcej na temat danych osobistości. Dzięki temu z danej książki nie tylko czerpiemy pewne zadowolenie, ale także pobudzamy naszą ciekawość, o ile ktoś interesuje się ową tematyką. Cała recenzja: http://szeptksiazek.blogspot.com/2014/04/gra-o-miosc-eve-edwards.html

Demony miłości

Demony miłości - Eve Edwards Młoda lady Jane Rievalux po stracie swojego męża przenosi się na dwór królowej Elżbiety I. Chęć schowania się przed demonami, które ją prześladują, nie sprawia jednak, że one dają jej spokój. Jej rodzina, jak i jej małżonka nie daje o sobie zapomnieć, a do tego dochodzą tylko to nowe zmartwienia. Czy upora się z nimi? Czy James Lacey powróci na czas z dalekiej wyprawy? Czy ich uczucie przetrwa próbę czasu? Czy aby nie będzie już za późno, żeby ratować to, co dla nich najważniejsze? Muszę się do czegoś przyznać… A mianowicie od momentu zakończenia pierwszego tomu Kronik Rodu Lacey zastanawiałam się czy kontynuacje będą jakoś z nią powiązane. Czy będzie to ciąg historii, a może historia będzie zupełnie o kimś innym? Po rozpoczęciu lektury nawet nie przyszło mi na myśl, że lady Jane Rievalux to jest TA Jane z poprzedniej części. Dopiero przy wspominaniu o pewnych wydarzeniach dane mi było przypomnieć sobie o tej dość ciekawej bohaterce. Demony miłości jednak prezentują nieco słabszy poziom od Alchemii miłości. Tam główni bohaterowie, jakimi byli Will i Ellie byli mniej ckliwi, bardziej zabawni i naturalni. Tutaj autorka nałożyła duży nacisk na wątek miłosny, bo takowy miał miejsce aż przy dwóch parach. Nie wiem czy nie jest to odrobinę za dużo, jak na jedną powieść, bo niekiedy doznawałam uczucia przesycenia i zbytniego przesłodzenia. O ile James mnie ujął, bo i jego historia była ciekawa, tak Jane była jakaś bez życia. Z pierwszego tomu pamiętam ją, jako twardą dziewczynę, a teraz była lekko nie do zniesienia. Możliwe, że miały na to wpływ jej ostatnie przeżycia, jak i te przeciwności losu, których cały czas doświadcza. Całkiem możliwe, bo to naprawdę wiele dla tak młodej osoby. Jednak Ellie jest dla mnie lepiej zarysowaną postacią kobiecą, bardziej energiczną, charakterną i bardziej ludzką. W Demonach miłości znalazłam także miejsce na wyróżnienie najbardziej denerwujących bohaterów książkowych, z jakimi się dotychczas spotkałam. I nie jest to spowodowane złą kreacją, a wręcz przeciwnie, oni po prostu mieli tacy być. Dokładniej mam na myśli ojca Jane. Cóż to za człowiek! Nie wiedziałam, że można być aż tak nieobliczalnym i tak bezwzględnym. Chociaż nie… wiem, że bywają i tacy ludzie, ale zawsze mnie oni zaskakują swoją negatywną zaciekłością i dążeniem do obranego celu kosztem innych, nawet najbliższych. Cała recenzja: http://szeptksiazek.blogspot.com/2014/04/demony-miosci-eve-edwards.html

Zabójczyni i władca piratów

Zabójczyni i władca piratów - Sarah J. Maas Szesnastoletnia Celaena Sardothien jest już znana w całym imperium Adarlanu i poza nim, jako najlepsza zabójczyni. Nikt nie wie ile ma lat, a co najważniejsze, jak wygląda. Gildia Zabójców wysyła ją na jedną z odległych wysp by odebrała dług od tamtejszego władcy piratów. Czy to prawdziwa transakcja? Co ukrył przed nią Król Zabójców? Co zrobi z tą wiedzą? Czy mimo wszystko pokona zło? Czy dowie się prawdy? Po pierwszej opowieści o Celaenie Sardothien spodziewałam się zgoła czegoś innego. Nie oznacza to jednak, że się zawiodłam. Wręcz przeciwnie! Bardzo ucieszyłam się z kolejnego spotkania z jedną z moich ulubionych książkowych bohaterek. Miałam jednak nadzieję na bliższe zapoznanie się z jeszcze dalszą jej przeszłością, z dniami, kiedy stawiała dopiero pierwsze kroki na ścieżce ku zabójczej karierze. Ciekawie jest zapoznać się z przeszłością Celaeny. Szkoda, że historia ta ma tylko niespełna sto stron. Niebywały talent autorki, a i pewnie także tłumacza sprawia, że książki spod jej pióra czyta się w zastraszająca szybkim tempie, chłonąc każde kolejne słowo. Wszystko jest podane w odpowiedniej dawce, czy to agresja, czy to walki czy to nawet wątek miłosny, który pojawia się tylko w tle nie przyćmiewając innych, a dodaje tylko całej historii pewnego smaku i kolejnych momentów, w których niejednej czytelniczce zabije szybciej serce. Zaś dla czytelników znajdzie się tu miejsce dla piratów, zabaw i ich bójek. Dzięki przeszłości mamy okazję poznać bliżej zupełnie nowych bohaterów, o których Sardothien tylko wspominała w Szklanym tronie. Przydałoby się jeszcze dogłębniej ich przedstawić tym bardziej, że powieść jest prowadzona w narracji, trzecioosobowej, ale nowel wydanych i zapowiedzianych jest aż siedem, a i samych pełnych powieści będzie sześć, więc mam nadzieję, że Sarah J. Maas nie zrezygnowała z tego i wyraźniej zarysowała takie osoby jak Sam czy Arobynn Hamel, bo to oni są najbardziej intrygujący z tych drugoplanowych postaci i tych, którzy odegrali ważną rolę w życiu zabójczyni. Cieszę się, że wydawnictwo Uroboros postanowiło wydać nowele ze świata Szklanego tronu, choć trochę ich jest. Wydawnictwa często nie mają tego w zwyczaju, a szkoda, bo te tak zwane „połówki” są równie ciekawe, co powieści, choć niestety dużo od nich krótsze. Mimo wszystko są ciekawym uzupełnieniem całego cyklu, więc warto je wydawać, bo fani z pewnością chcą jak najdłuższej pozostawać w ukochanym świecie. Tym bardziej, że cena tych krótkich historii serii Sarah J. Maas wynosi jedyne 19,99 zł, co jest naprawdę ciekawą ceną i wartą Zabójczyni i władcy piratów. Zabójczyni i władca piratów tylko zaostrzył mój apetyt na drugi tom cyklu, który niedawno wyszedł. Już nie mogę doczekać się obszerniejszej lektury, jaką z pewnością będzie Korona w mroku. Tak samo sprawa się ma z kolejnymi nowelami, bo pierwsza była dla mnie zdecydowanie za krótka, choć wiem, że i kolejne takie będą. Na szczęście na te najbliższe kontynuacje nie będę musiała długo czekać, bo Zabójczyni i Czerwona Pustynia, jak i kontynuacja Szklanego tronu są już w sprzedaży. ___ http://szeptksiazek.blogspot.com/