„Po prostu oddychaj.”

Oddychając z trudem - Rebecca Donovan, Ernest Kacperski

„Po prostu oddychaj.” [s.433]

 

 

Choć Emma jest już bezpieczna, na tyle ile tylko może, teraz walczy z koszmarami. Koszmarami, które nawiedzają ją każdej nocy i sprawiają, że spędzają sen z powiek nie tylko jej. A ponadto nie można zapomnieć o Leyli i Jacku – swoim najbliższym kuzynostwie, których po wydarzeniu, które zmieniło całe jej dotychczasowe życie, już później niedane było jej zobaczyć. Czy w uporaniu się z przeszłością i naprawie teraźniejszości pomoże jej przeprowadzka do matki? Matki, która po tragicznym wypadku, które je spotkało, zostawiła ją w prawdziwym piekle?

 

Rebecca Donovan sprawiła, że czytałam jej książkę, oddychając z prawdziwym trudem. Z każdą kolejną powieścią pokazuje, że naprawdę ma talent do pisania o sprawach trudnych. Można by powiedzieć, że porusza tematy tabu. Nie powiela utartych schematów i nie ciągnie w nieskończoność tego, co już sama zaczęła, mimo że jest to kontynuacja, a przy nich ciężko się od tego powstrzymać.

 

Autorka wprowadza nowe wątki i nowych bohaterów, dzięki którym powieść staje się bardziej rozbudowana. W konsekwencji można bliżej poznać Rachel, która była tak naprawdę obca do tego momentu, a teraz staje się jedną z drugoplanowych postaci. Dzięki niej również, w tej części poznajemy stopniowo wcześniejsze życie Emmy – to życie, jeszcze przed piekłem Carol. I nie tylko oczami matki. Nie można również zapomnieć o jej nowym partnerze, który dla córki nie będzie tylko jej facetem, a nieoczekiwanie stanie się kimś zupełnie bliższym...

 

Chwała Donovan za to, że umie wyważyć emocje i nie przekracza żadnej z granic – absurdu, przesady, doniosłości czy zbytniej wesołości. To po prostu życiowa i trudna powieść, która oprócz, wspomnianej w poprzedniej części tomie, przemocy domowej, porusza takie tematy jak: walka z duchami przeszłości, przebaczenie (także sobie) czy zaufanie do drugiego człowieka. Na szczęście czytelnik nie zostaje przytłoczony nadmiarem negatywnych czy raczej tych smutniejszych emocji. Autorka przeplata ze sobą te wydarzenia również z tymi bardziej spokojnymi i weselszymi, które dają choć chwilową nadzieję na poprawę sytuacji.

 

Widać, że postać Emily ewoluuje. Choć nadal jest w jakiś sposób w sobie zamknięta, to jednak nie zamyka się tak na ludzi. Stara się być bardziej otwarta, ale także wreszcie pokazuje inne emocje niż smutek czy radość spowodowane, albo wydarzeniami domowymi albo tymi szkolnymi i związanymi z Sarą i Evanem. Rebecca Donovan tchnie w nią coś zupełnie innego, co sprawi, że staje się trochę bardziej ludzka i bliższa normalnej nastolatce. I kurczę, można ją podziwiać za determinację i swego rodzaju cierpliwość, że mimo wszystko nie poddaje się, chociaż życie nie poskąpiło jej smutków i tragedii.

 

Oddychając z trudem zakończyłam z jękiem bólu, cierpienia i rezygnacji. Dlatego, że z jednej strony chciałam ją skończyć, żeby dowiedzieć się, czy autorka wyjaśniła te niewiadome, na których najbardziej mi zależy, a z drugiej zaś nie miałam absolutnie najmniejszej ochoty rozstawać się z jej powieścią.  Bo to boli. Bolą ostatnie strony. Boli koniec. Boli to, że trzeba czekać na następny tom. Boli niewiedza jak się to wszystko zakończy; choć ma się nadzieję na najlepsze, jednak ma się na uwadze też fakt, że z Rebeką Donovan nigdy nic nie wiadomo. I boli również to, że Bez tchu będzie już niestety ostatnią częścią.

Źródło materiału: http://szeptksiazek.blogspot.com